O najgorszych wczasach w życiu, czyli 6 dni w szpitalu.

Z dnia na dzień kocham moje dziecko coraz mocniej. Przez ostatni tydzień przekonałam się, że jesteśmy razem przejść przez wszystko.

Środa popołudniu. Pojechałam z Kubusiem do Moniki. Dawno nie widziałyśmy się. Chyba ostatni raz nasze dzieciaki widziały się w listopadzie. Teraz starsi o ponad pół roku mieli okazję pobawić się na ogródku u jej rodziców. Zjeżdżalnia, piaskownica, huśtawka - idealne popołudnie. Do 18:00. Wtedy Kubuś podbiegł do pieska dziadków klepnął go w plecy. Pies się odwinął i ugryzł Kubusia w policzek. Płacz, bieganie, szok. Uderzona falą rozsądnej adrenaliny pobiegłam z małym do łazienki, opłukałam buzię, dziadek przemył mu twarz wodą utlenioną, wsadził do koperty zaświadczenie o niedawnym szczepieniu przeciwko wściekliźne, Monika zapakowała do woreczka ciastka, zapięłam Kubusia do fotelika i ruszyłam do szpitala w Tarnowskich Górach. W naszym szpitalu lekarz zapytał jedynie czy dziecko jest szczepione według kalendarza szczepień i rozkładając ręce nakazał jechać na chirurgię dziecięcą do Chorzowa. Po drodze mijały nas przerażone spojrzenia przechodniów stojących przy przejściach dla pieszych lub tych pytanych o drogę do szpitala. Na twarzy Kuby rozpaćkana czekolada z ciastek mieszała się z cieknącą z ran krwią. Jechałam. Zagadując Kubusia, łaskocząc go po kolanach, śpiewając piosenki jechałam.
Po rejestracji i czekaniu po godzinie weszliśmy do gabinetu. Pielęgniarka oczyściła rany, przykleiła gazik z riwanolem, lekarz z dziwną plastikową sprzączką na nosie niespiesznie wypisał receptę na antybiotyk i poradził przyjechać na kontrolę w piątek jeśli buzia nie będzie się goiła.
W nocy Kubuś dostał gorączki. 39 stopni. Zasnął po dawce paracetamolu i solidnym przytulaniu.
Rano wyglądał jak po walce z Wałujewem. Buzia była opuchnięta, oko zamknięte, smutna mina i czarna rana na dole policzka. Umyłam włosy, ubrałam siebie i jego i pojechałam do Chorzowa.
W poradni lekarz powiedział, że to ostatni moment. Jutro syf mógłby przedostać się do krwi i niewiadomo jakby się to skończyło. To była naprawdę najgorsza chwila w moim życiu. Zdałam sobie sprawę z kruchości życia mojego synka, z powagi sytuacji, z jej niebezpieczeństwa. Lekarz wycisnął z policzka jakiegoś czarnego maziajowatego potwora, pobrał wymaz z rany i odesłał na oddział chirurgii. Tu mieliśmy spędzić następne dni. Rozpłakałam się. Z trudem powstrzymałam się przed chwyceniem za rękę miłego tęgiego pielęgniarza odprowadzającego nas do rejestracji. "To mój największy skarb! To całe moje życie!" Płakałam przy pielęgniarce.
Lekarka na oddziale obejrzała Kubę, zaleciła podawanie antybiotyku i skierowała do pokoju. Czekałam mnóstwo godzin na kolejną wizytę. Kuba spał. W międzyczasie przyjechali moi rodzice, żebym mogła pojechać do domu spakować rzeczy.
Przez trzy dni lekarze wyciskali jeszcze z twarzy Kubusia ropę. Zaczął przyjmować drugi antybiotyk. Ranka się zagoiła i zaczęła zarastać. W sobotę Kuba dostał gorączki 39,7. Dostał czopek życia, zrzucił dwa stopnie i po 20 minutach już biegał po korytarzu wprawiając wszytkich w śmieszno-zadowolone zaskoczenie.
W szpitalu przetrzymała nas ta dziwna gorączka, która niekoniecznie (jak powtarzały pielęgniarki) musiała być spowodowana zakażeniem rany lecz inną infekcją (na oddział ciągle wchodzili odwiedzający, którzy mogli przynieść ze sobą jakieś paskudztwo).
W dniu wyjścia byliśmy weteranami w naszym pokoju. W międzyczasie pojawiały się dzieci, które przychodziły tylko na zabieg, jedna noc, dzień na czczo i do domu. Najdłużej była z nami Emilka. Potrącona przez samochód 10-latka, którą rodzice beztrosko pozostawiali na noc samą. Emilka miała połamaną miednicę i zaklejony po operacji nos. W nocy musiałam powstrzymywać Emilkę przed wstawaniem i wychodzeniem do ubikacji, wołałam do niej pielęgniarki, całowałam zawsze na dobranoc w czoło. Rano przychodziła jej matka. Nie mama. Matka. Wysoka, niezbyt zadbana kobieta, która cmokała przez telefon do psa, grała na tablecie w dziecięce gry i plotkowała z kobietami z pierwszego pokoju. Krzyczała na Emilkę szarpiąc ją przy porannym czesaniu, deprecjonowała córkę na każdym kroku. Nie myła jej i narzekała przy każdej prośbie Emilki o podanie basenu szukając przy tym aprobaty reszty rodziców. A reszta rodziców przewracała oczami dziwiąc się, że można tak chore dziecko zostawiać samo na noc i traktować je w ten sposób. W nocy Emilka chrapała tak jakby spod jej łóżka wychodził staro-pso-chłop i wydawał potworne odgłosy.
W łóżku obok mieszkała 6-letnia Laura, która złamała rękę skacząc z huśtawki. W jej przypadku zorganizowała się cała patchworkowa rodzina. Zostawała z nią na noc dziewczyna taty, sam tata i ciężarna mama. Kuba polubił bardzo Laurę. Bawili się razem samochodami, rysowali, układali klocki, oglądali bajki. To były najfajniejsze chwile na oddziale.
Jestem zmęczona tymi "wczasami". Fatalnym jedzeniem, mamą Emilki, bieganiem za Kubą po śliskim korytarzu.
Ale chcę zapamiętać kochaną Laurę, fantastyczne pielęgniarki, słodkie połamane i poparzone dzieciaki, które mimo wszystko bawią się i mają uśmiechy na twarzy. I tych cudownych, pełnych poświęcenia rodziców, dla których dzieci to największe skarby i ich całe życia.


* ten tekst dedykuję moim rodzicom, którzy przywozili nam jedzenie, mojemu kochanemu, który przyjechał z daleka z ciuchcią i Adasiowi, który jest właśnie składany na oddziale ortopedycznym po potrąceniu na pasach.
Trwa ładowanie komentarzy...